Po co oszczędzać systematycznie?


Wszyscy wiemy, że oszczędności to dobra rzecz. Zapas gotówki na koncie potrafi uratować nas z niejednej trudnej sytuacji życiowej.
Wiemy też, że w większości przypadków (poza wygranymi na loterii), żeby mieć taką poduszkę finansową, trzeba odkładać regularnie małe kwoty. To oczywiste, logiczne i racjonalne.

Dlaczego więc przerażająca większość naszego społeczeństwa nie posiada żadnych oszczędności?

Dodatkowo również przerażająco duża część społeczeństwa jest obciążona długami (które także w dużym procencie nie są regulowane terminowo).
Co więc jest w nas takiego, że nie potrafimy odłożyć co miesiąc 100-200 zł, a nie mamy problemu z zaciągnięciem kredytu z ratą w wysokości 500 zł?

W dzisiejszym artykule opowiem o mojej historii z systematycznym oszczędzaniem, kiedy zrozumiałem jak dużo daje poduszka finansowa oraz jak wyglądało moje życie finansowe przed i po „przemianie”.
Jeżeli jeszcze nie zacząłeś regularnie odkładać pieniędzy – może te kilka słów pomoże Ci zacząć :)

Teoria a praktyka

Jeśli czytałeś inne moje artykuły, wiesz że ponad 10 lat spędziłem w bankowości, a konkretnie w oddziałach banków, czyli sprzedaży (choć kiedyś ładnie to nazywało się „doradzaniem”).

Swoją przygodę rozpoczynałem w 2007 roku, jako niespełna 22 latek. Nie miałem zielonego pojęcia jak wygląda praca w banku, trafiłem do niego trochę z przypadku.
I choć bankowość wtedy wyglądała zupełnie inaczej niż obecnie i atmosfera w pracy była naprawdę dobra, to jednak tym, co mnie wtedy najbardziej „zauroczyło” to przeskok w wysokości wpływu na konto – z minimum krajowego zarabianego w jednym z hipermarketów (wtedy było to 700 zł netto) wskoczyłem na pułap przekraczający 2000 zł.
Praktycznie z miesiąca na miesiąc zacząłem zarabiać trzykrotnie więcej. W związku z tym, że wtedy za te 700 zł udawało mi się utrzymać i przetrwać od pierwszego do pierwszego (koszty utrzymania były zdecydowanie niższe niż obecnie,) teoretycznie miałem ponad 1000 zł wolnych środków, które mogłem odkładać. Ile faktycznie odkładałem? Nic, zero.

Powodów było kilka:

1. Brak odpowiedniej edukacji finansowej
2. Zbyt duże zarobki na zbyt młody wiek
3. Praca w branży, która żyła ponad stan (złe wzorce)
4. Brak celu oszczędzania (planów na przyszłość)
5. Systematyczne zwiększanie dochodów (awanse, podwyżki, premie)
6. Brak „luksusów” w rodzinnym domu

I pewnie jeszcze wiele innych. Jednak teraz jak patrzę na to wszystko, najbardziej „na chłodno” jak tylko potrafię, do głowy przychodzi mi wciąż jeden tok rozumowania, który wtedy miałem, a który to skutecznie uniemożliwiał mi wszelkie próby rozpoczęcia i wytrwania w regularnym oszczędzaniu: co mi da oszczędzanie 300 zł miesięcznie (po podniesieniu stopy życia tyle mogłem wtedy oszczędzać – przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem)? Rocznie oszczędzę 3600 zł, po 10 latach będę miał 36 tys. zł. I co ja zrobię z tymi 36 tys.?
Mieszkania nie kupię, co najwyżej będzie na wkład własny do kredytu hipotecznego. Na porządną inwestycję też za mało, więc co najwyżej wystarczy na używane auto średniej klasy. A do tego to wszystko dopiero za 10 lat – to połowa mojego życia!

Nie wybiegałem w przyszłość tak daleko, nie miałem planów, długoterminowej strategii, niczego. A dzięki temu, że pracowałem w banku miałem możliwość zdobycia takiej i większej kwoty znacznie szybciej i prościej – tu i teraz. Wystarczyło tylko kilka podpisów na umowie kredytowej, którą sam sobie sporządziłem, a kolega tylko zatwierdził w systemie i pieniądze wylądowały na koncie. I mogłem kupić sobie wszystko co chciałem, teraz i bez lat wyrzeczeń.

I tak to wyglądało..

Nie miałem żadnej rezerwy pieniężnej, więc wszelkie nieoczekiwane wydatki pokrywałem z limitu karty kredytowej czy limitu odnawialnego w koncie. Wymiana sprzętu rtv/agd, naprawy samochodu itp. – wszystko finansowane z pieniędzy banku czyli pieniędzy pożyczonych.
Wszystko jeszcze jakoś się „kula”, gdy jest stały dochód, pozwalający na bieżąco regulować wszystkie zobowiązania. Gorzej gdy ten stały dochód nagle znika..

Punkt zwrotny

Bez wdawania się w szczegóły, pewnego dnia wywróciłem całe życie do góry nogami – i zawodowe, i osobiste. Nie ma co ukrywać, że zmierzałem donikąd i nie było innej opcji. Cięcia choć bolesne okazały się skuteczne.
Gdy zamykałem pierwszy miesiąc w swoim pierwszym budżecie, kwota wydatków zwaliła mnie z nóg. Wiedziałem, że coś trzeba z tym zrobić ale jeszcze wtedy nie wiedziałem co.

Z pomocą przyszedł przyjaciel, który „siedział w temacie” już od kilku lat i sukcesywnie budował swój kapitał. Podrzucił link do bloga Marcina Iwucia. Od Marcina trafiłem do Michała Szafrańskiego i dalej już poszło. W mega ekspresowym tempie uzupełniłem swoją edukację finansową. Tak, bankowiec z 10 letnim stażem musiał na nowo uczyć się zarządzania swoimi finansami.

Materiał dał mi mnóstwo użytecznej wiedzy i motywacji do działania, ale takim prawdziwym punktem zwrotnym był dzień, w którym moja partnerka w drugim miesiącu mieszkania razem dała mi do ręki 500 zł na rachunki. Gdy zapytałem co to za pieniądze usłyszałem: „oszczędziłam”.
I nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że wtedy zarabiała ok. 900 zł netto. Byłem w szoku. Zarabiałem w swoim życiu regularnie kwoty rzędu 5-6 tys. i nie potrafiłem odłożyć 100 zł, a ona nawet nie wiem kiedy oszczędziła ponad połowę swojej wypłaty. Z jednej strony było mi tak wstyd, że chciałem zapaść się pod ziemię. Z drugiej był to niesamowity kop na rozpęd.
Po tym dniu usiedliśmy razem przy budżecie i ustaliliśmy kwotę, która na sztywno będzie przelewana na konto oszczędnościowe zaraz po wpływie wynagrodzenia – zgodnie z zasadą „najpierw zapłać sobie, potem innym”.

Zaskoczyło. Mechanizm śnieżnej kuli ruszył. Z każdym kolejnym miesiącem byłem coraz bardziej zaskoczony jak naprawdę działa procent składany – choć znałem go doskonale w teorii, to jednak zobaczyć go w akcji na własnych środkach to zupełnie inna bajka.
I choć na początku były to grosze, to przeliczanie ich na wzrosty w skali procentowej wraz z prognozami w długim terminie naprawdę motywowały do dalszego działania.

Korzyści z oszczędzania

Tak jak jeszcze kilka lat temu twierdziłem, że 36 tys. nic mi nie da, tak połowa tej kwoty stworzyła poduszkę finansową zapewniającą przeżycie przez pół roku bez żadnych dochodów. A wraz z nią komfort pracy, inny poziom rozmów z szefem i wszystko to, o czym nie raz mówili ww. panowie od blogów finansowych.
Odpowiednia poduszka pozwoliła również uruchomić w mojej głowie plany związane z przyszłością zawodową poza etatową, czyli pracą na własny rachunek.

Pozwoliła bezboleśnie przeprowadzić się z miasta do miasta, czy też pozostawać dwa miesiące bez dochodu po tym jak uświadomiłem sobie, że obecna praca przynosi mi więcej frustracji niż korzyści. A okres bez pracy nie był frustrujący jak kiedyś gdy musiałem coś znaleźć, żeby mieć za co żyć – denerwowało mnie tylko to, że naruszam zgromadzony kapitał, który mógłby dalej pracować ;)

Idąc dalej, zabezpieczenie finansowe prawdopodobnie było jedną z przyczyn decyzji o powiększeniu rodziny, czego efektem będzie w grudniu rozpoczęcie nowego rozdziału w naszym życiu :)

Ostatecznie, a w zasadzie przede wszystkim zmieniła mi się świadomość finansów osobistych, źródeł ich pozyskiwania i możliwości pomnażania. Stare powiedzenie mówi, że „pieniądz robi pieniądz” – i faktycznie tak jest.
Większość uważa jednak, że to przysłowie odnosi się tylko do tych najbogatszych, którzy obracają fortunami. To błąd!
„Pieniądz robi pieniądz” działa na każdym poziomie oszczędności, a im szybciej się zacznie, tym szybciej dojdzie się do poziomu, kiedy stopy zwrotu będą naprawdę odczuwalne.

Rozliczenie z samym sobą

Często wraca do mnie pytanie-twierdzenie ile straciłem przez te wszystkie lata?
Finansowo szacuję, że dziś byłbym bogatszy o kwotę 300 – 400 tys. zł. Kwota ta wynika tylko z regularnego oszczędzania kwot, które przez ostatnie 10 lat mogłem odkładać plus 5% stopy zwrotu rocznie (czyli dość zachowawczo).

Nie sposób jednak policzyć kwestii pozafinansowych: ilości nerwów zmarnowanych w trudnych sytuacjach, frustracji na niechcianych stanowiskach, czasu, który mógł być wykorzystany w zupełnie inny sposób, wiedzy i umiejętności, które mogły być zdobyte a nie zostały. W dwóch słowach: dziś mógłbym być w zupełnie innym miejscu.

Patrząc jednak z innej strony, mogłem się nie „obudzić” i dalej brnąć w to, w co brnąłem lub zrozumieć to wszystko, co zrozumiałem za kolejne 10 czy 20 lat. Wtedy to już naprawdę mogłoby być za późno, a tak jeszcze wszystko przede mną.

Podsumowując, ktoś powiedział, że za x lat nie będzie klasy średniej, będą już tylko biedni i bogaci – do której grupy chcesz należeć?
Jeżeli nie masz zaplecza finansowego ze strony rodziny lub nie wygrałeś w Lotto, zostaje Ci tylko bogacenie się poprzez systematyczne odkładanie małych kwot, które następnie zaczniesz pomnażać. Ale to już temat na inną historię :)


A co Ty sądzisz o oszczędzaniu? Odkładasz od zawsze czy od jakiegoś momentu/wydarzenia w życiu? 
A może sądzisz, że to nie ma sensu?
Podziel się proszę swoją opinią w komentarzu :)

Komentarze